Jeżeli myśleliście, że w wakacyjnym okresie świat mody rozłoży leżaki i włączy tryb samolotowy, lipiec szybko udowodnił, że nic z tego. Zamiast sezonu ogórkowego dostaliśmy miesiąc pełen premier, pokazów i niespodziewanych wiadomości.
Nie zabrakło zachwytów, zaskakujących powrotów, historii skrywanych przez lata i wystawy, która podzieliła świat mody, zanim jeszcze otworzyła swoje drzwi. Lipiec zdecydowanie nie pozwolił nam się nudzić.
Pamiątki niewidzialnego projektanta
Martin Margiela przez lata konsekwentnie pozostawał poza światłem reflektorów. Unikał zdjęć, tradycyjnych wywiadów i wychodzenia na wybieg po pokazach. Chciał, by jego nazwisko kojarzyło się z tym, co tworzył, a nie z jego wizerunkiem. Belgijski projektant zasłynął z odsłaniania szwów, podszewek i całej konstrukcji ubrań, wykorzystywania znalezionych rzeczy i przerabiania starych ubrań na długo przed tym, zanim upcykling stał się modnym hasłem. Tym większym zaskoczeniem była lipcowa aukcja, podczas której pod młotek trafiła część prywatnego archiwum Margieli.
Projektant, który stał się jedną z najbardziej dyskretnych postaci w świecie mody, po raz pierwszy pozwolił zajrzeć do własnej pracowni i osobistych pamiątek. Wszystko jak zawsze na jego warunkach. Margiela sam decydował, co trafi na aukcję i jak zostaną pokazane poszczególne przedmioty. W sumie wystawiono prawie 200 obiektów, w tym osobisty biały fartuch, który nosił w pracowni, pierwsze portfolio Margieli z 1987 roku, skradzione kiedyś w pociągu i rok później szczęśliwie odzyskane przez policję, a nawet korki od szampana z otwarcia pierwszego paryskiego butiku projektanta.
Największe emocje wzbudziły słynne buty Tabi z 1991 roku, z charakterystycznym rozdzieleniem palców, na których podczas wystawy w Palais Galliera pisali i rysowali zwiedzający. Ich wartość szacowano na 30–50 tysięcy euro. Ostatecznie para została sprzedana za 364 tysiące euro. Aukcja przyniosła łącznie ponad 1,3 miliona euro, a część wpływów ze sprzedaży Margiela postanowił przekazać organizacji walczącej z AIDS.
Historia zapisana w białej koszuli
Cofnijmy się do października ubiegłego roku i wróćmy na chwilę do debiutanckiej kolekcji Matthieu Blazego dla Chanel na sezon wiosna–lato 2026. Zanim pierwsza modelka pojawiła się na wybiegu, fotografowie skierowali obiektywy na Nicole Kidman. Świeżo ogłoszona ambasadorka domu mody zasiadła w pierwszym rzędzie w białej koszuli smokingowej, zestawionej z luźnymi dżinsami i czerwoną pikowaną torebką Chanel. Nie była to jednak zwykła biała koszula, choć na pierwszy rzut oka właśnie tak wyglądała. Powstała we współpracy Chanel z legendarną paryską firmą Charvet.
Blazy na wybiegu zderzył męską koszulę z najbardziej spektakularnymi spódnicami, jakie można sobie wyobrazić. Błękitną w delikatne prążki połączył z intensywnie czerwoną spódnicą obsypaną piórami, a różową z asymetryczną spódnicą, której falbany ciągnęły się po ziemi. Koszule miały perłowe guziki, dyskretny napis „Chanel” wyszyty czerwonymi nićmi i charakterystyczny łańcuszek wszyty u dołu, dzięki któremu materiał układał się dokładnie tak, jak chciał projektant.
Kiedy koszule trafiły do butików — w cenach sięgających 3900 euro — niemal natychmiast się wyprzedały. Kilka miesięcy później okazało się, że nie była to jednorazowa współpraca. Na początku lipca dom mody Chanel ogłosił, że kupuje Charvet, firmę założoną w Paryżu w 1838 roku.
Charvet uchodzi za pierwszą na świecie pracownię specjalizującą się w szyciu koszul. Od prawie 150 lat działa przy Place Vendôme, gdzie klienci mogą wybierać spośród tysięcy tkanin i kolorów oraz zamawiać koszule szyte na miarę. Przez jej przymierzalnie przewinęli się królowie, politycy, pisarze i artyści: Marcel Proust, Winston Churchill, Jean Cocteau, John F. Kennedy, Yves Saint Laurent i Karl Lagerfeld.
To, że Blazy sięgnął właśnie po Charvet, nie było przypadkiem. Jednym z wiernych klientów firmy był Arthur „Boy” Capel, wielka miłość Gabrielle Chanel. Projektantka pożyczała jego koszule i włączała elementy męskiej garderoby do własnego stylu. Ponad sto lat później Blazy wrócił więc nie tylko do męskiej koszuli, ale także do bardzo osobistego fragmentu historii Chanel.
Rozmowy o sprzedaży Charvet rozpoczęły się właśnie po sukcesie koszul z debiutanckiej kolekcji. Rodzina Colbanów, która prowadzi firmę od lat 60., nie miała rodzinnego następcy i była otwarta na sprzedaż. Dom mody Chanel kupił nie tylko markę, ale również jej siedzibę przy Place Vendôme. Jednocześnie zobowiązał się zachować nazwę, tożsamość i twórczą niezależność Charvet.
Zakup Charvet nie jest jednak wyłącznie biznesową transakcją. Dom mody Chanel od dekad przejmuje i wspiera specjalistyczne pracownie, chroniąc wyjątkowe rzemiosło przed zapomnieniem. Pod jego skrzydła trafiły między innymi Lemarié, Lesage, Maison Michel i Massaro — specjalizujące się w piórach i kwiatach, haftach, kapeluszach oraz obuwiu. Dzięki finansowemu zapleczu Chanel pracownie mogą nadal rozwijać się i przekazywać kolejnym pokoleniom techniki doskonalone przez lata.
W świecie haute couture
Haute couture to zdecydowanie mój ulubiony czas w modzie. Przez kilka dni w Paryżu kumuluje się tyle piękna, rzemiosła i niewiarygodnych pomysłów, że trudno nadążyć z zachwytami.
Tydzień lipcowych pokazów haute couture rozpoczął Daniel Roseberry. Projektant Schiaparelli tym razem zabrał nas w mroczną, trochę niepokojącą otchłań. Pojawiły się sylwetki przypominające morskie stworzenia, silikonowe gorsety wyglądające jak ludzka skóra i suknie świecące od środka. Roseberry szukał inspiracji także w Barcelonie, w architekturze Antoniego Gaudíego. Kolorowe, nieregularne zdobienia na sukniach i żakietach przypominały rybie łuski, ale też mozaiki pokrywające fasadę Casa Batlló. Było surrealistycznie i dziwnie pięknie. Dokładnie tak, jak powinno być u Schiaparelli.
Jonathan Anderson jest dziś chyba jednym z najbardziej zapracowanych projektantów w świecie mody. W ciągu roku przygotowuje około 18 kolekcji dla Diora, JW Anderson i Uniqlo. Aż trudno uwierzyć, że przy takim tempie wciąż potrafi zaskakiwać. W pierwszej kolekcji haute couture dla Diora inspirował się ceramicznymi formami Magdalene Odundo, w drugiej sięgnął po rzeźby Lyndy Benglis. Jej poskręcane i zastygłe w ruchu kształty przełożył na plisy, drapowania i tkaniny układające się wokół ciała niczym rzeźby.
Nie zabrakło również nawiązań do natury, która na stałe wpisała się w DNA Diora. Przestrzeń pokazu w ogrodach Musée Rodin wypełniły kwiaty i paprocie. Anderson tym razem zajrzał także do archiwum marki. Sięgnął po czerwony płaszcz „Arizona” z 1948 roku, którego monumentalną formę przekształcił za pomocą plis. A jak trudna była ta kolekcja do wykonania? Rzemieślnicy z pracowni Diora w rozmowie z Fashion Moodboard ocenili poziom trudności na 80 w skali do 100.
A co tym razem czekało na gości Chanel w Grand Palais? Przestrzeń zmieniła się w baśniowy ogród z gigantycznymi pnączami, które wiły się pomiędzy kwiatami, oplatały krzesła i unosiły je nad ziemią. Matthieu Blazy znalazł w bibliotece dawnego mieszkania Gabrielle Chanel niewielką książkę z baśniami i postanowił przenieść ich magię do swojej drugiej kolekcji haute couture.
Kilka intensywnych dni pomieściło również jubileusz Iris van Herpen, która świętowała 15-lecie swojego paryskiego debiutu. Maria Grazia Chiuri wróciła do rodzinnego Rzymu i pokazała pierwszą kolekcję haute couture dla Fendi, a Duran Lantink zadebiutował w haute couture dla domu mody Jean Paul Gaultier.
A najważniejsze zostawiłam na koniec — jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie momentów całego tygodnia, czyli debiut Pierpaola Picciolego w haute couture Balenciagi. Każda kolejna modelka pojawiająca się na dziedzińcu Cité Internationale Universitaire de Paris utwierdzała mnie w przekonaniu, że powrócił Balenciaga, za którym tęskniłam. Mogłabym wylać morze słów o tym, jak trudno było mi patrzeć na to, co z marką robił poprzedni projektant Demna, ale zostawiam ten temat w przeszłości.
Tym razem nie było skomplikowanej scenografii. Modelki krążyły wokół kolistego ogrodu otoczonego żywopłotami, a ostre lipcowe słońce jeszcze mocniej wydobywało intensywne kolory kolekcji. Koral, turkus, zieleń, fiolet, żółć i róż spotkały się z architektonicznymi formami Cristóbala Balenciagi. Piccioli powrócił do słynnych sylwetek balonowych, sukni-worka, peleryn i objętości, ale dodał im własną lekkość, romantyzm i zamiłowanie do piór.
W finale pokazu Piccioli wyszedł razem z ubranymi w białe fartuchy rzemieślnikami z atelier. Tym gestem chciał przypomnieć, że nawet najbardziej spektakularne kreacje couture zaczynają się od pracy ludzkich rąk. I chyba nie mogło być piękniejszego zakończenia tygodnia haute couture.
Lato z widokiem na Sopot
Z paryskiego świata haute couture przenosimy się nad polskie morze do Sopotu. To właśnie tutaj powstają kolekcje polskiej marki MLE, odbywają się przymiarki, wybierane są tkaniny i zapadają decyzje o ostatecznym kształcie projektów. Z tego miasta pochodzą też założycielki marki Kasia i Asia, które znają Trójmiasto od podszewki. Tym bardziej nie dziwi mnie, że Sopot stał się tłem kampanii Resort 2026. Dziewczyny zabrały nas na deptak, ale też w boczne uliczki i pokazały stare wille z drewnianymi werandami. Taka jest też sama kolekcja: wakacyjna i miejska zarazem.
Obok krótkich szortów i powiewającego na wietrze topu z długim transparentnym trenem pojawiły się mała czarna ze zmysłowym dekoltem na plecach, luźno tkane swetry, wełniany kardigan, a nawet puchowa kamizelka. Brzmi jak zbyt wiele różnych rzeczy na jeden letni wyjazd? Tylko ktoś, kto nigdy nie spędził tygodnia nad Bałtykiem i nie wie, jak szybko potrafi zmieniać się tam pogoda, może tak pomyśleć.
Armani ukryty za marynarką
Książek o modzie na polskim rynku wydawniczym jest jak na lekarstwo, dlatego na „Być jak Armani” czekałam z dużą ciekawością. Jeżeli nie znasz jeszcze biografii projektanta, znajdziesz tu dobre wprowadzenie do jego historii. Szczególnie do początków kariery, gdy stawiał pierwsze kroki w branży przechodzącej ogromne przemiany od świata haute couture do coraz śmielej rozwijającego się prêt-à-porter.
Po lekturze pozostał mi jednak spory niedosyt. Książka skupia się przede wszystkim na rozwoju firmy, kolejnych liniach, biznesowych decyzjach i budowaniu imperium Armaniego. Znacznie mniej jest w niej samego człowieka. Po jej przeczytaniu nie czuję, żebym naprawdę poznała projektanta, jego charakteru, codzienności czy sposobu myślenia o modzie. Armani pozostaje cały czas ukryty gdzieś za idealnie skrojoną marynarką i kolejnymi sukcesami marki.

Renata Molho - Być jak Armani, Wydawnictwo Arkady
Armani był człowiekiem skrytym i niechętnie mówił o swoim życiu prywatnym. Autorka przypomina jednak o tym tak często, że chwilami brzmi to jak wygodne usprawiedliwienie braku bardziej osobistej opowieści. Trudno nie odczuwać niedosytu, skoro przy jej tworzeniu korzystała z prywatnego archiwum projektanta i rozmów z ludźmi z jego najbliższego otoczenia.
Tim Blanks i historie z pierwszego rzędu
Jeżeli interesujesz się modą, a jeszcze nie znasz kanału Loïca Prigenta na YouTubie, koniecznie nadrób zaległości. To prawdziwa perełka pełna relacji z pokazów, rozmów z projektantami i materiałów odsłaniających kulisy powstawania kolekcji. Loïc prowadzi również podcast, gdzie pojawiają się dłuższe rozmowy z ludźmi, którzy od lat obserwują modę od środka.
W lipcu ukazała się dwuczęściowa rozmowa z Timem Blanksem — jednym z najważniejszych dziennikarzy mody i obecnym editor-at-large w „The Business of Fashion”. Jednak jego droga do tego świata wcale nie była oczywista. Zaczynał od dziennikarstwa niezwiązanego z modą, a przez pewien czas pracował nawet przy kolorach i ubraniach bohaterów „Inspektora Gadżeta”.
Blanks opowiada o początkach ery supermodelek, pierwszych pokazach Alexandra McQueena i programie „Fashion File”, w którym dokumentował złoty czas mody. Wspomina też branżę sprzed internetu, kiedy po pokazie można było po prostu wejść za kulisy i porozmawiać z projektantem. Niewiele jest takich osób, które z bliska obserwowało, jak moda z niewielkiego świata dla wtajemniczonych zmieniła się w globalny przemysł.
Wojenna moda Warszawiaków
Przed wojną Warszawa była ważnym ośrodkiem polskiej mody. Elegantki odwiedzały Dom Mody Bogusława Hersego, Dom Braci Jabłkowskich i salony słynnych kuśnierzy. Jednak II wojna światowa zmieniła wszystko. Także garderobę Warszawiaków. Suknie przerabiano, ubrania szyto z resztek materiałów, a dbanie o wygląd stało się jedną z form walki z Trzecią Rzeszą. O tym, jak wojna zmieniła sposób ubierania się mieszkańców stolicy, opowiada nowa wystawa czasowa w Muzeum Powstania Warszawskiego.
Wystawę można oglądać w Muzeum Powstania Warszawskiego do czerwca 2027 roku.
Afrykańskie wspomnienia Azzedina Alaïa
Azzedine Alaïa opuścił Tunis w 1956 roku i wyruszył do Paryża z marzeniem o pracy w haute couture. To właśnie we Francji zdobył sławę i stał się jednym z największych mistrzów kroju, ale Afryka nigdy nie zniknęła z jego projektów. Fascynowała go przez całe życie i powracała we wspomnieniach z dzieciństwa, które dyskretnie przekładał na język kolorów, faktur i materiałów. Afrykańskie inspiracje w twórczości Alaïi stały się tematem otwartej w lipcu wystawy „Azzedine Alaïa and Africa” w paryskiej Fondation Azzedine Alaïa.
Kurator Olivier Saillard prześledził afrykańskie wątki pojawiające się w kolekcjach Alaïi przez kilka dekad i zgromadził pod przeszklonym dachem fundacji ponad 60 kreacji. Z archiwum wydobyto między innymi słynne suknie bandażowe, ale też mniej znane projekty jak żakiet zdobiony muszlami z 1987 roku. Projekty Alaïi dopełnia scenografia w odcieniach piasku i ziemi, stworzona przez Krisa Ruhsa — wieloletniego przyjaciela i współpracownika projektanta.
Wystawę można oglądać w Fondation Azzedine Alaïa przy rue de la Verrerie w Paryżu do 4 stycznia 2027 roku.
Fendi oczami Karla Lagerfelda
Karl Lagerfeld kojarzy się przede wszystkim z Chanel, ale to z rzymskim domem mody Fendi był najdłużej związany. Współpraca rozpoczęła się w 1965 roku i trwała aż do śmierci projektanta. Tej historii poświęcona jest otwarta w Rzymie wystawa „After un percorso di lavoro. Fendi / Karl Lagerfeld 1985”. To nowa odsłona ekspozycji pokazanej po raz pierwszy czterdzieści lat temu. Znalazły się na niej rysunki Lagerfelda, papierowe wykroje, próbki materiałów, prototypy i gotowe projekty, które pozwalają prześledzić cały proces powstawania kreacji od pierwszego szkicu do jej ostatecznej formy.
Wystawę można oglądać w Galleria Nazionale d'Arte Moderna e Contemporanea w Rzymie do 25 października 2026 roku.
Historia Johna Galliano bez retuszu
Dawno żadne ogłoszenie wystawy o modzie nie wywołało tylu skrajnych emocji. Metropolitan Museum of Art ogłosiło, że wiosenna wystawa Costume Institute w 2027 roku będzie poświęcona Johnowi Galliano. Prześledzi ona trwającą ponad cztery dekady karierę projektanta. Galliano będzie dopiero trzecim żyjącym twórcą mody, któremu Costume Institute poświęci monograficzną ekspozycję. Wcześniej podobne wystawy zorganizowano wokół twórczości Yves’a Saint Laurenta w 1983 roku z inicjatywy Diany Vreeland oraz Rei Kawakubo w 2017 roku.
Trudno podważyć znaczenie Galliano dla współczesnej mody. Jego spektakularne pokazy dla własnej marki, Givenchy, Diora i Maison Margiela przesuwały granice tego, czym może być pokaz mody. Nie będzie to jednak prosta historia o geniuszu projektanta. Met zapowiada, że nie pominie antysemickich i rasistowskich wypowiedzi Galliano, które doprowadziły do jego zwolnienia z Diora i skazania przez francuski sąd.
Pierwsza część ekspozycji ma zmierzyć się zarówno z upadkiem Galliano i konsekwencjami jego zachowania, jak i z późniejszym powrotem projektanta do mody. Ma też postawić znacznie trudniejsze pytanie: jak mówić o niezwykłym dorobku artysty, nie spychając na margines odpowiedzialności za własne czyny. I chyba właśnie dlatego zapowiada się na jedną z ważniejszych, ale też najbardziej kontrowersyjnych i dyskutowanych wystaw mody ostatnich lat.
Wystawę „John Galliano: Horizons” będzie można oglądać od 9 maja 2027 roku do 9 stycznia 2028 roku w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku.
