W modzie dzieje się dużo. Czasem za dużo, żeby śledzić wszystko na bieżąco, ale od czego masz mnie. „Notatki z mody” to mój comiesięczny przegląd premier, pokazów, wystaw, książek, filmów, największych roszad i zapowiedzi. Dla tych, którzy chcą wiedzieć, co ważnego wydarzyło się w modzie i o co właściwie było tyle zamieszania.
Będzie co czytać, bo maj w modzie wypełniony był po brzegi. Kawa w dłoń i zaczynamy.
Diabeł wraca do biura
Maj zaczął się z wysokiego C, a właściwie od stukotu obcasów na korytarzach magazynu „Runway”. Po 20 latach do kin wrócił „Diabeł ubiera się u Prady”. Ja się pytam: kiedy to minęło? Przecież jeszcze niedawno jako nastolatka oglądałam ten film w kółko i zastanawiałam się, czy praca w redakcji naprawdę polega na robieniu kawy, bieganiu z torbami pełnymi ubrań do sesji, wykonywaniu zadań „na wczoraj”, a wszystko to połączone z lekkim stanem przedzawałowym.
Ale zanim zdążyliśmy kupić bilety na film, „Vogue” dorzucił do całego zamieszania majową okładkę z Meryl Streep i Anną Wintour. Wyobrażacie sobie to 20 lat temu? Przecież to było nie do pomyślenia. Przez lata chyba Wintour nabrała do siebie większego dystansu. W końcu moda i media wyglądają dziś zupełnie inaczej niż w 2006 roku, więc i Wintour się zmieniła. I tę ewolucję świetnie pokazuje film.
Dzisiaj „Runway” wraca do świata, który po drodze przeniósł się do internetu, przyspieszył i zgubił część dawnego blasku. Andy Sachs nie jest już dziewczyną w niebieskim sweterku, Emily Charlton dawno zostawiła magazyn za sobą, a Miranda Priestly sama odwiesza swój płaszcz i nie lata już pierwszą klasą. Cóż, nawet „diabły” muszą dziś ciąć budżety.
Moda wychodzi z piwnicy
Ledwo zdążyliśmy wyjść z sal kinowych, a tu pierwszy poniedziałek maja i Met Gala. W tym roku zaproszeni goście mieli za zadanie zinterpretować dress code „Fashion Is Art”. Nie obyło się bez narzekania, że „kiedyś to było”. Ale wiele osób zapomina, że za tym całym blichtrem stoją bardzo konkretne pieniądze, które utrzymują Instytut Kostiumów w Metropolitan Museum of Art.
Przy okazji tego wydarzenia lubię pytać samozwańczych krytyków, czy wiedzą, co stało się z kolekcjami Mody Polskiej po jej zamknięciu. Niestety część trafiła na śmietnik. Na szczęście mamy Jerzego Antkowiaka, któremu wiele rzeczy udało się ocalić. Swego czasu opowiadał, że w ciepłe dni wynosił zbiory z piwnicy do swojego ogrodu i wietrzył je, by mole całkiem ich nie zeżarły. Podobny los spotkał wiele ubrań z metką Hofflandu, Telimeny… Jeżeli teraz przecierasz oczy ze zdumienia, to naprawdę nie żartuję. Rzeczy będące częścią historii polskiej mody, które powinny być przechowywane w specjalnych warunkach, wciąż nie są traktowane jak ważne eksponaty. Między innymi dlatego w Polsce mamy jak na lekarstwo wystaw poświęconych modzie.
Ale wracając do Met Gali, najciekawsze działo się nie na schodach, ale za nimi — na wystawie towarzyszącej wydarzeniu. W tym roku Andrew Bolton, kurator wystawy „Costume Art”, postanowił opowiedzieć o modzie nie przez wielkie nazwiska, a poprzez ciało — od nagiego po ciężarne i starzejące się. Ubrania zestawił z obiektami z kolekcji Met, pokazując modę jako część większej opowieści o historii sztuki i ciała. Na konferencji prasowej Bolton mówił: „Ubranie nigdy nie jest neutralne. Pośredniczy między sobą a światem, wyrażając, kim jesteśmy, gdzie przynależymy i jak chcemy być postrzegani”.
Po raz pierwszy na wystawie pojawiają się też manekiny inspirowane różnymi typami sylwetek. To ważna zmiana, bo muzea i butiki przez lata utrwalały jeden wzorzec ciała. W tym roku otwiera się też kolejny rozdział w historii Instytutu Kostiumów. Wystawę można oglądać w nowych, większych przestrzeniach w samym centrum muzeum, a nie — jak dotąd — trochę na uboczu, prawie że w piwnicy. To dobry znak dla mody, która zaczyna być postrzegana w muzeach na równi ze sztuką.
A kto nie dotrze do Nowego Jorku, na otarcie łez może kupić album z wystawy.
Wystawa trwa do 10 stycznia 2027 roku.
Projektanci pakują walizki
Po Met Gali moda nie zwolniła tempa. Maj pachniał podróżami i jet lagiem. Co roku domy mody pakują walizki, zapraszają gości w oszałamiające miejsca i pokazują międzysezonowe kolekcje cruise. Na początku XX wieku powstawały z myślą o klientkach, które zimą uciekały do cieplejszych destynacji i potrzebowały lżejszej garderoby. Coco Chanel była jedną z pierwszych projektantek, które dostrzegły wzrost popularności nadmorskich kurortów wśród zamożnych paryżan i otworzyła pierwszy butik w Deauville, a następnie w Biarritz.
Pod koniec kwietnia do Biarritz swoich gości zabrał też Matthieu Blazy, projektant Chanel. Była to jego pierwsza kolekcja cruise, podobnie jak majowy pokaz Jonathana Andersona dla Diora. I znowu porównywanie ich debiutów stało się nieoficjalnym sportem sezonu. Chanel kontra Dior. Blazy kontra Anderson. Elegancja z plaży Biarritz kontra hollywoodzki blichtr w przestrzeniach muzeum LACMA.
Anderson nie był jedynym, który w tym roku poleciał za ocean. Demna, projektant Gucci, rozgościł się w Nowym Jorku na Times Square, a Nicolas Ghesquière zaprosił gości Louis Vuitton do świeżo odrestaurowanego The Frick Collection. Pokaz francuskiej marki rozpoczął też trzyletnie partnerstwo między Louis Vuitton a muzeum, kontynuując kierunek, który marka rozwija od lat na styku mody i sztuki.
Bursztynowy zawrót głowy
Zawsze czekam z niecierpliwością na każdą nową kolekcję Chylak, a moje zachwyty zwykle nie mają końca. Jestem zakochana w tym, jak Zosia w wyjątkowy sposób łączy własne wspomnienia z dzieciństwa, lokalne skojarzenia i polskie rzemiosło z modą, tworząc małe dzieła sztuki. Przy tym pokazuje, że dziedzictwo nie musi pachnieć kurzem ani skansenem.
Każda kolekcja Chylak sprawia, że dowiaduję się o polskiej ludowości czegoś nowego. W najnowszej letniej kolekcji inspirowanej bursztynem zaskoczył mnie to, że na terenie Kurpiów Zielonych kamień ten wydobywano z ziemi i wykorzystywano do tworzenia biżuterii. Do tej pory bursztyn kojarzyłam wyłącznie z morzem.
Zresztą bursztyn Chylak w ogóle nie przypomina tego, który znamy z nadmorskich kurortów i polskich straganów. Projektantka znalazła własny sposób na interpretację tego kamienia. Na łamach „Vogue’a” mówi: „Gdy byłam mała, moja rodzina spędzała każde wakacje na Półwyspie Helskim. Nadal przed oczami mam mnóstwo wyrobów bursztynowych z tamtych czasów, jednak te, które zostały mi w pamięci, nigdy nie były bliskie mojej estetyce”.
Bursztyn w wykonaniu Chylak nawiązuje kształtem do koguta z Kazimierza Dolnego i zamienia się w broszkę, a kolczyki pojawiają się pod postacią chałki. Do tego chusta w maślanym kolorze zdobiona koralikami z naturalnego bursztynu, a także mleczne naszyjniki i bransoletki. Nie zabrakło też torebek w bursztynowym odcieniu, nowych form i tych dobrze już znanych klasyków, ale w odświeżonych tłoczeniach na skórze. A sesja zdjęciowa w rzepaku wspaniale pokazuje sielskość naszego kraju.
Z szafy mamy
Są kampanie, które nie potrzebują wielkich scenografii. MLE, jedna z moich ulubionych polskich marek, z okazji Dnia Mamy zrobiła coś prostego, ale bardzo czułego i przypomniała, że zanim zbudowałyśmy własny styl, najpierw podkradałyśmy Jej.
Bo przecież wiele z nas zaczynało właśnie tak. Od przymierzania maminego płaszcza, podkradania butów, torebki albo swetra, który wydawał się wtedy najbardziej dorosłą rzeczą na świecie. Przy okazji marka zaprosiła kilka bohaterek, które opowiedziały o wyjątkowych wspomnieniach. Swoją historią podzieliła się też Kasia Tusk, właścicielka MLE. Chyba nie muszę pisać, jak bardzo jestem zachwycona całą kampanią?
A dla wrocławianek mam wspaniałą wiadomość. Marka MLE zawitała do naszego miasta, a wybraną selekcję ubrań możecie od teraz znaleźć stacjonarnie w MINI BÉBÉ na Bernardyńskiej.
Zapach papieru
Jako miłośniczka książek nie mogę nie napisać o „Smell of Paper”, nowym cool miejscu na mapie Warszawy, stworzonym przez Maję Naskrętską. Ta niewielka przestrzeń na Starym Mokotowie skrywa jedną z lepszych selekcji książek, albumów i magazynów o modzie, sztuce, fotografii i wnętrzach. Idealnych do własnej biblioteczki i na prezent. Znajdziecie tam publikacje moich dwóch ulubionych kobiet ze świata mody — Grace Coddington i Carli Sozzani. Trzymam kciuki za rozwój!
Trzy, dwa, jeden, start
Miesiąc kończymy wiadomością o dołączeniu marki Gucci do Formuły 1. Luksus coraz śmielej rozpycha się w świecie wyścigów. W 2025 roku LVMH rozpoczęło 10-letnie partnerstwo z F1, a należące do grupy Louis Vuitton zdążyło już wjechać na tor ze swoimi kuframi na trofea. Teraz do gry dołącza florencka marka. Gucci od sezonu 2027 zostanie sponsorem tytularnym zespołu Alpine, a bolidy mają występować w jej barwach.
Formuła 1 ma dzisiaj ogromny zasięg, ale najbardziej zmienia się publiczność. To już dawno nie jest sport oglądany wyłącznie przez mężczyzn. Statystyki pokazują, że F1 coraz mocniej przyciąga kobiety i marki luksusowe doskonale to wyczuły. Zresztą sama jestem tego dobrym przykładem. Najpierw oglądałam jednym okiem, tak niby od niechcenia, a dzisiaj emocjonuję się przy każdym wyścigu.
Zapis historii
Dla tych, którzy tak jak ja wyczekiwali informacji o wystawach mody w polskich muzeach, mam świetne wiadomości. W maju w Muzeum Historii Ubioru w Poznaniu otworzyła się nowa ekspozycja „Zapis historii”, poświęcona początkom muzeum, rozwojowi jego kolekcji i darom przekazanym przez osoby prywatne. Opowiada o ubraniach, akcesoriach i pamiątkach, które z domowych historii i wspomnień trafiły do muzealnych zbiorów.
Zapowiedzi
Nowa moda polska
Skoro już wypatrujemy wystaw o modzie w polskich muzeach, to w czerwcu warto patrzeć w stronę Łodzi. Centralne Muzeum Włókiennictwa zapowiada wystawę „Nowa moda polska. Kronika głębokich uczuć”. Będzie to pierwsza tak obszerna opowieść o polskiej modzie XXI wieku.
Temat wystawy to nie przypadek, bo muzeum jako jedyne w Polsce od siedmiu lat sukcesywnie buduje kolekcję współczesnej mody polskiej. Znajdują się w niej prace m.in. Magdy Butrym, marki Chylak, Gosi Baczyńskiej, Ani Kuczyńskiej czy Vandy Novak. Czas odwiedzić Łódź!
Wystawa potrwa od 13 czerwca 2026 do 3 maja 2027 roku.
Nicea w kolorze
Jeżeli właśnie planujesz wakacyjne wyjazdy i potrzebujesz pretekstu, żeby dopisać do listy Niceę, mam dla Ciebie idealny argument. Latem otworzy się tam wystawa „Henri Matisse – Yves Saint Laurent. Beauty, Fashion and Happiness”, przygotowana przez Musée Matisse wspólnie z Musée Yves Saint Laurent Paris.
Chociaż malarz i projektant nigdy się nie spotkali, podobnie patrzyli na kolor i granice między sztuką piękną a użytkową. Sam Yves Saint Laurent przyznał kiedyś, że zaczynał od czerni i dopiero Henri Matisse nauczył go widzieć kolor. Na wystawie pojawi się około 160 obiektów — od obrazów, rysunków i tkanin po projekty haute couture, dodatki i dokumenty archiwalne.
Wystawa potrwa od 17 czerwca do 28 września 2026 roku.
Emily w Grecji
Emily Cooper jeszcze nie zdążyła dobrze rozpakować walizek po Rzymie, a Netflix już potwierdził, że szósty sezon „Emily w Paryżu” będzie tym ostatnim. Zdjęcia ruszyły w Grecji, później ekipa ma przenieść się do Monako i wrócić do Paryża. Och, już mi smutno na samą myśl o finale. Uwielbiam śledzić modowe ciekawostki związane z serialem.
Premiera finałowego sezonu zapowiadana jest na koniec 2026 roku, także czas odświeżyć (po raz dziesiąty) wszystkie odcinki od początku.
