Sierpniowe „Notatki z mody”: projektanci bez filtra, przeszłość Galliano i biżuteria z PRL-u
Notatki z mody

Sierpniowe „Notatki z mody”: projektanci bez filtra, przeszłość Galliano i biżuteria z PRL-u

Agata Wilk
7 września 2026
przeczytasz w 10 minut

Choć w sierpniu świat mody zaczyna już odliczać dni do wrześniowych pokazów, zamiast ciszy przed sezonem dostaliśmy wyjątkowo dużo świetnych rozmów — jedna lepsza od drugiej. Projektanci opowiadali nie tylko o modzie, ale też o własnej drodze, błędach i życiu za kulisami wielkich domów mody.

Było też trochę niespodziewanych zwrotów akcji i jedna bardzo wyczekiwana przeze mnie książka, która niesamowicie mnie rozczarowała. Sierpień zapowiadał się jak krótki przystanek przed intensywnym wrześniem, a ostatecznie dostarczył całkiem sporo tematów do zapisania.

Nicolas Ghesquière i sztuka patrzenia

Jeżeli brakuje Ci ostatnio inspiracji, koniecznie włącz ponad półgodzinny wywiad z Nicolasem Ghesquière’em, od 2013 roku dyrektorem artystycznym damskiej kolekcji Louis Vuitton i jednym z najważniejszych projektantów współczesnej mody.

Ghesquière bardzo ciekawie mówi o pojęciu „nowości”. Projektant zauważa, że przecież wszystko, co dzisiaj nazywamy klasyką, kiedyś było czymś nowym. Dlatego tak ważne jest dla niego ciągłe eksperymentowanie. Pada też świetne zdanie o rzeczach, które na pierwszy rzut oka wydają nam się brzydkie. Czasami wynika to po prostu z tego, że jeszcze ich nie znamy. To dla niego rodzaj „gimnastyki oka”, dzięki której gust może z czasem ewoluować.

Opowiada o rysowaniu, które towarzyszy mu od dzieciństwa, o sporcie i o tym, jak ruch do dziś wpływa na sposób, w jaki buduje sylwetkę. I o swoim uniformie. Bo kiedy w pracy otaczają go kolory, tkaniny i setki bodźców, na co dzień ubiera się niemal zawsze tak samo. Tłumaczy, że projektanci często potrzebują właśnie takiej neutralności wokół siebie, żeby móc myśleć jaśniej.

Wraca też do początków swojej kariery. W wieku 18 lat zamiast iść na studia zaczął pracować u Jeana Paula Gaultiera. To właśnie od niego nauczył się, jak ważna jest wolność tworzenia. Prawdziwego rozpędu jego kariera nabrała jednak w Balenciadze. Miał wówczas zaledwie 25 lat, a sam dom mody był trochę „Śpiącą Królewną”. Marka działała na niewielką skalę i nikt nie miał wobec Ghesquière’a wielkich oczekiwań. Dzięki temu mógł jednocześnie pracować, eksperymentować i uczyć się na własnych błędach. Tak naprawdę Ghesquière miał stworzyć jedną kolekcję, a został na szesnaście lat i przywrócił markę do życia. Dzisiaj ten okres uznawany jest za jeden z najważniejszych rozdziałów współczesnej mody.

Ghesquière opowiada także o przejściu z Balenciagi do Louis Vuitton — jednej z największych luksusowych marek na świecie. I przyznaje, że to zupełnie inne doświadczenie. W Louis Vuitton nawet niewielka decyzja ma ogromne konsekwencje. Dzisiaj po pokazie swoją recenzję może natychmiast napisać właściwie każdy. Ghesquière nie udaje, że go to nie dotyka. Ale przyznaje, że z trafnej krytyki potrafi się o własnej pracy wiele nauczyć.

Marc Jacobs bez filtra

Rozmowa w „Vanity Fair” ukazała się w bardzo ciekawym momencie. Po niemal trzydziestu latach zakończył się związek marki Marc Jacobs z LVMH, a firma trafiła do nowych właścicieli. Projektant wcale nie udaje, że wie, jak to wszystko się potoczy. Z jednej strony jest ciekawy kolejnego rozdziału, z drugiej otwarcie przyznaje, że ma wątpliwości.

Dużo mówi też o tym, jak przez lata działała jego marka. Jacobs przyznaje bez ogródek, że jego kolekcje wybiegowe nie zarabiają pieniędzy. Robi je po to, żeby dawały energię ludziom pracującym przy marce, redaktorom i całemu światu mody.

Ladowanie posta z Instagrama...

Sam wywiad nie jest jednak tylko rozmową o sprzedaży firmy. Jacobs wraca do najważniejszych momentów swojej kariery. Do słynnej kolekcji grunge i zwolnienia z Perry Ellis, do Louis Vuitton i współprac ze Stephenem Sprouse’em czy Takashim Murakamim, ale również do uzależnień i odwyków. Mówi o tym wszystkim bez filtra, z charakterystyczną dla siebie otwartością.

Jest też miejsce na bardziej prywatnego Marca. Projektant jest ogromnym fanem mody, nie tylko tej, którą sam tworzy. Kolekcjonuje między innymi żakiety Chanel. Kiedyś kupował projekty Karla Lagerfelda, dziś poluje na te Matthieu Blazy’ego. O jeden z panterkowych żakietów zabiegał podobno wyjątkowo długo.

Wywiad dostępny na stronie Vanity Fair.

Chemena Kamali — dziewczyna Chloé

W sierpniu „Vanity Fair” opublikowało również świetny tekst poświęcony Chemenie Kamali. I jeżeli kiedyś zastanawiałaś się, dlaczego w ciągu zaledwie dwóch lat udało jej się przywrócić Chloé do grona najbardziej ekscytujących marek Paryża, ten wywiad sporo wyjaśnia.

Kamali zna ten dom mody od środka od ponad dwudziestu lat. Zaczynała tu jako stażystka w czasach Phoebe Philo, później wróciła jako dyrektorka projektowa przy Clare Waight Keller, a w 2023 roku po raz trzeci przekroczyła próg Chloé już jako dyrektorka kreatywna. Sama mówi, że jej relacja z marką przez całą karierę była bardzo osobista.

Wywiad dostępny na stronie Vanity Fair.

Ladowanie posta z Instagrama...

Ciężar dziedzictwa Armaniego

Giorgio Armani zmarł 4 września 2025 roku, mając 91 lat. Niemal rok później „Vogue Italia” opublikowało bardzo osobistą rozmowę z jego siostrzenicą Silvaną Armani, dziś dyrektorką kreatywną damskich linii domu mody.

Silvana przez ponad czterdzieści lat pracowała u boku wuja, konsultując z nim kolekcje i ucząc się jego sposobu myślenia o modzie. Teraz po raz pierwszy musi podejmować decyzje bez niego. Jak sobie z tym radzi? I jak widzi przyszłość włoskiego domu mody z tak ogromnym dziedzictwem?

Wywiad dostępny na stronie Vogue Italia.

John Galliano — powrót przeszłości

Kiedy byłam już jedną nogą we wrześniu i myślami przy nadchodzących pokazach, nagle pojawiła się wiadomość o Johnie Galliano. 31 sierpnia Metropolitan Museum of Art ogłosiło, że zapowiedziana zaledwie miesiąc wcześniej wielka wystawa poświęcona projektantowi nie odbędzie się zgodnie z planem. Patrząc na to, ile skrajnych emocji wywołało ogłoszenie wystawy, spodziewałam się, że będzie o niej jeszcze głośno. Nie myślałam jednak, że sprawy potoczą się tak szybko.

Ladowanie posta z Instagrama...

Żeby zrozumieć całe zamieszanie, trzeba cofnąć się do 2011 roku. To wtedy kariera Galliano rozsypała się z dnia na dzień. Po dwóch incydentach w paryskim barze projektant został oskarżony o rasistowskie i antysemickie wypowiedzi. W tym samym czasie do mediów trafiło nagranie z jeszcze innego wieczoru.

Dior najpierw zawiesił Galliano, a kilka dni później go zwolnił. Francuski sąd uznał projektanta za winnego publicznych zniewag ze względu na pochodzenie, religię i rasę. W uzasadnieniu podkreślono, że mimo uzależnienia i złego stanu zachował wystarczającą świadomość swoich czynów.

Chciałabym, żeby to mocno wybrzmiało: nic nie usprawiedliwia słów Galliano. Ale w tej historii jest jeszcze jeden element, o którym dzisiaj mówi się rzadziej. W 2011 roku Galliano był już od dawna poważnie uzależniony od alkoholu i leków. Projektant w pewnym momencie pracował nad dziesiątkami kolekcji rocznie dla Diora i własnej marki. Mimo coraz gorszego stanu wciąż przygotowywał spektakularne pokazy.

Problemy Galliano nie były tajemnicą. Ludzie z najbliższego otoczenia zastanawiali się nawet, czy nie poprosić LVMH o odsunięcie go od pracy. Projektant przez lata pracował w coraz bardziej wyniszczającym rytmie. Jednak dopóki kolejne kolekcje powstawały, pokazy zachwycały, a Dior świetnie prosperował, cały system wokół niego funkcjonował dalej.

Galliano nie był zresztą jedynym wielkim nazwiskiem, przy którym coraz częściej pojawiało się pytanie o cenę takiego tempa pracy. Problemy z uzależnieniami czy psychicznym przeciążeniem dotykały również innych projektantów. Po samobójczej śmierci Alexandra McQueena branża zaczęła coraz głośniej mówić o presji, pod jaką pracują największe nazwiska w domach mody.

Po wybuchu afery Galliano rozpoczął leczenie uzależnienia i pracę nad sobą. Spotykał się z przedstawicielami społeczności żydowskiej. Uczył się o antysemityzmie, odwiedził Auschwitz i poświęcił wiele czasu na zrozumienie krzywdy, którą wyrządził.

Wystawa „John Galliano: Horizons” miała być pierwszą tak dużą muzealną prezentacją całej kariery projektanta: od dyplomowej kolekcji „Les Incroyables” z 1984 roku, przez własną markę, Givenchy i Diora, aż po Maison Margiela. Muzeum doskonale wiedziało, z czym wiąże się decyzja o wystawie. Jeszcze przed jej ogłoszeniem zorganizowano spotkania projektanta z rabinami i przedstawicielami społeczności żydowskiej. Met również nie zamierzało udawać, że 2011 rok się nie wydarzył. Wręcz przeciwnie. Pierwsza część ekspozycji miała kłaść duży nacisk na upadek Galliano i konsekwencje jego wypowiedzi.

Mimo tych przygotowań po ogłoszeniu wystawy zaczęły narastać protesty. Jedną z najgłośniej sprzeciwiających się osób była Julie Menin, przewodnicząca Rady Miasta Nowy Jork i córka ocalałego z Holokaustu, która apelowała do Met o zmianę decyzji. Krytycznie wypowiadała się również część przedstawicieli społeczności żydowskiej , a także osoby związane z muzeum, w tym jego darczyńcy. Tym bardziej reakcja Met wygląda dla mnie jak kapitulacja pod presją. Muzeum nie dowiedziało się w sierpniu niczego, czego nie wiedziało w lipcu.

Ostatecznie Galliano po rozmowach z Met poinformował, że wystawa nie powinna teraz dojść do skutku. Ponownie przeprosił społeczności, które zranił. W oświadczeniu napisał, że nie chce, aby dyskusja wokół niego stawiała muzeum w trudnej sytuacji.

I tu nasuwa mi się pytanie, po co istnieje muzeum, jeśli nie po to, żeby mierzyć się z takimi skomplikowanymi biografiami? I jeżeli mamy o tym nie rozmawiać w muzeum, to gdzie?

Galliano jest jednym z najważniejszych projektantów przełomu XX i XXI wieku. Jego wpływu na modę nie da się usunąć wraz z wystawą. Czy Galliano kiedykolwiek przestanie być definiowany wyłącznie przez najgorszy moment swojego życia? I jeżeli nie po piętnastu latach, to kiedy? I kto o tym zdecyduje?

ORNO. Historia i drugie życie PRL-owskiej biżuterii

Z biżuterią z czasów PRL-u pierwszy raz zetknęłam się na wystawie poświęconej Irenie Huml w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Wśród jej ubrań pojawiały się również niezwykłe broszki, bransoletki i pierścionki, a sama Huml przez lata badała i kolekcjonowała polską biżuterię artystyczną. Dlatego kiedy zobaczyłam zapowiedź książki poświęconej ORNO, jednej z najważniejszych powojennych spółdzielni jubilerskich, naprawdę nie mogłam się jej doczekać.

Fot. Agata Wilk / materiały własne. Wystawa „Moda. Historia osobista prof. Ireny Huml”, Muzeum Narodowe we Wrocławiu, 25.02–18.05.2025.

Fot. Agata Wilk / materiały własne. Wystawa „Moda. Historia osobista prof. Ireny Huml”, Muzeum Narodowe we Wrocławiu, 25.02–18.05.2025.

W książce pada takie zdanie: „Cała historia ORNO ma w sobie magię, jest jak scenariusz filmu”. I dokładnie na to liczyłam. Materiał na świetną opowieść naprawdę tu jest. Problem w tym, że jej ostatecznie nie odnalazłam.

Sama książka jest pomyślana jako spojrzenie na ORNO z kilku stron: historii wzornictwa biżuterii, współczesnego kolekcjonowania, wspomnień dawnego pracownika i wreszcie samych obiektów. Na niemal 300 stronach połowę zajmują fotografie. I wszystko super, bo możemy z bliska oglądać pierścionki, broszki, naszyjniki czy bransolety. Możemy zobaczyć, jak różnorodne projekty powstawały w spółdzielni. Tylko że dla mnie najciekawsi w takich historiach są ludzie. I tutaj ich najbardziej brakuje.

Pierwsza część książki, poświęcona wzornictwu, jest bardzo rzeczowa, momentami wręcz techniczna. Dostajemy informacje o materiałach, sposobie produkcji czy organizacji spółdzielni, ale znacznie mniej o samych ludziach: jak trafiali do ORNO, jak wyglądała ich codzienna praca i jacy właściwie byli. A przecież wszystko to działo się w rzeczywistości PRL-u. Same realia, w których pracowali i tworzyli, musiały dostarczać opowieści, o których dzisiaj chciałoby się więcej przeczytać.

Niedosyt zostawia też historia Romualda Rochackiego, założyciela i pierwszego prezesa ORNO. Dostajemy o nim zaledwie kilka informacji. Już sam punkt wyjścia — ekonomista i jubiler amator, który jeszcze przed wojną tworzył biżuterię dla żony, a w 1949 roku założył ORNO w zrujnowanej Warszawie — aż prosi się o wielką opowieść.

„ORNO. Historia i drugie życie PRL-owskiej biżuterii”, Wydawnictwo Marginesy, 2026

„ORNO. Historia i drugie życie PRL-owskiej biżuterii”, Wydawnictwo Marginesy, 2026

Najciekawsza była dla mnie część oparta na wspomnieniach dawnego pracownika ORNO. Ale jest to stosunkowo niewielki fragment całości. Przy wielu prezentowanych projektach pojawiają się przecież nazwiska ich autorów. Chętnie dowiedziałabym się, kim byli ci twórcy, jak zaczynali, kto miał najtrudniejszy charakter, jak wyglądały pracownie i co działo się między jednym projektem a drugim.

Czytając tę książkę, cały czas miałam z tyłu głowy publikacje o Modzie Polskiej. Tam opowieść staje się fascynująca właśnie dzięki wyjątkowym ludziom, którzy ją tworzyli. Wystarczy pomyśleć o Grabowskiej, która potrafiła rzucić popielniczką w ministrów i dyrektorów, czy o barwnym Antkowiaku, żeby od razu zobaczyć te postaci przed oczami. W ORNO takich historii na pewno nie brakowało. Po zamknięciu tej naprawdę pięknie wydanej książki zostałam z poczuciem, że zobaczyłam bardzo dużo biżuterii, ale samo ORNO i ludzi, którzy je tworzyli, poznałam jednak mniej, niż na to liczyłam.