W szafie projektantki mody Coco Chanel

W szafie projektantki mody Coco Chanel

Agata Wilk
18 sierpnia 2026
przeczytasz w 8 minut

Londyn, King Street, 2 grudnia 1978 roku, godzina dziewiętnasta. Drzwi domu aukcyjnego Christie’s otwierają się godzinę przed licytacją.

Na sali robi się coraz tłoczniej. Miejsce przygotowane dla tysiąca osób gromadzi znacznie większą publikę. Kamerzyści ekip telewizyjnych szukają najlepszego ujęcia, by pokazać najsłynniejszą wyprzedaż mody XX wieku. Garderobę Gabrielle Chanel.

Nie są to archiwa domu mody, ale prywatne rzeczy, w których Coco przez lata chodziła na co dzień. Jej najbliższa współpracowniczka, Lilian Grumbach, zdecydowała się je sprzedać siedem lat po śmierci projektantki. Dzięki temu dziś wiemy, co naprawdę skrywała garderoba Coco Chanel.

Ubrana na czarno

To nie była szafa pełna ubrań ani kolorystycznego chaosu. Chanel pod koniec życia ubierała się niemal zawsze tak samo. Te same fasony, podobne faktury i neutralna paleta barw. Najczęściej powracała czerń, obok niej beże, biel, granat, zgaszony błękit i lilaróż. Drażniły ją jaskrawe barwy ubrań. Chanel nie ukrywała swojego podejścia: „Gdy znajdę kolor ciemniejszy od czerni, będę go nosić. Do tego czasu jednak będę się ubierać na czarno!”.

Ladowanie posta z Instagrama...

I dokładnie tak wyglądała jej garderoba. Nie było modowych fajerwerków ani sezonowych kaprysów. Tylko ponadczasowy styl, konsekwentnie budowany od młodości. Odrzucała ekstrawagancję i wybierała wygodną prostotę, wywołującą niemałe poruszenie.

Tak samo było z krótkimi włosami. Stały się jej znakiem rozpoznawczym w latach 20. i jeszcze długo uznawane były za skandal. Kobiece fryzury miały być gęste, a długie włosy upięte. Inaczej widział je Antoni Cierplikowski — polski król fryzjerstwa, we Francji znany jako Antoine. Chłopak z Sieradza, który zawojował Paryż, jako jeden z pierwszych ostrzygł kobietę na krótko. To u niego pojawiła się także Chanel. Projektantka później niechętnie o tym mówiła, jakby fryzura na chłopczycę miała być jej własnym odkryciem, a nie efektem czyjejś ręki.

Ladowanie posta z Instagrama...

Coco do końca życia była wierna krótkiemu cięciu i kruczoczarnym włosom. Nie tolerowała siwych i zawsze je farbowała. Podobnie traktowała makijaż. Nigdy nie widywano jej bez czerwonych ust i mocno podkreślonych brwi czarną kredką.

Z męskiej garderoby

Na fotografiach Chanel z lat 50. i 60., pierwsze, co rzuca się w oczy, to tweedowe kostiumy. Właśnie ten zestaw — miękki żakiet i spódnica zakrywająca kolana — pojawiał się w jej szafie najczęściej. Projektantka potrzebowała czegoś, co połączy elegancję z wygodą. Czegoś, w czym da się chodzić, pracować i siedzieć godzinami poprawiając sukienki na modelkach.

Tweed znała z zupełnie innego świata. Chanel zetknęła się z nim w Wielkiej Brytanii. To była tkanina męska, przeznaczona do noszenia w plenerze podczas łowieckich rozrywek. Materiał był wygodny i praktyczny, ale bardzo ciężki. Przenosząc tweed do kobiecej garderoby, zmodyfikowała go. Coco chciała lżejszą i bardziej elastyczną wersję.

Ladowanie posta z Instagrama...

Pierwsze tweedowe kostiumy zaprojektowała już w latach 20., ale dopiero po powrocie Chanel do mody w 1954 roku ten zestaw został z nią na dobre. Żakiet nie miał sztywnej konstrukcji. Bardziej przypominał kardigan niż marynarkę. Stworzyła go tak, by można było w nim swobodnie się poruszać. By układał się na ciele, a nie je krępował. Sekret tkwił w złotym łańcuszku przyszytym do dolnej krawędzi podszewki. Dzięki niemu żakiet zawsze opadał równo. Drobiazg, którego nie było widać, decydował o całości.

Krój przez lata niemal się nie zmieniał. Chanel dopracowała go do perfekcji. Kostiumy różniły się tylko detalami — kolorami, tkaninami, wykończeniem i guzikami wyglądającymi niczym biżuteria. Zdobiły je ulubione symbole Coco: podwójne „C” czy głowa lwa, jej znak zodiaku.

Ladowanie posta z Instagrama...

W słynnym żakiecie Chanel pojawił się jeszcze jeden element, z którego zasłynęła — prawdziwe, głębokie kieszenie. W damskiej garderobie długo były czymś niestosownym. Zarezerwowane dla strojów sportowych czy roboczych. W czasach, gdy damskie ubrania często ich nie miały, Chanel traktowała je jak oczywistość. Chowała do nich papierosy albo dłonie. Gest, który łamał konwenanse i zdradzał jej pewność siebie.

Wśród detali

Torebki zawsze sprawiały kłopot Coco. Noszone w ręku przeszkadzały, a na dodatek wiecznie je gubiła. Z tej irytacji dodała pasek i zaczęła przewieszać ją na ramieniu. Tak powstała Chanel 2.55. W czasach, gdy kobiety nosiły kopertówki, to rozwiązanie było rzadkością. Torebka Coco nie była dodatkiem na wieczorne wyjście, a elementem jej codzienności.

Ladowanie posta z Instagrama...

W torebce Chanel każda rzecz miała swoje miejsce. Osobna kieszonka na banknoty. Przegródka na szminkę. Miejsce na klucze i oczywiście na papierosy, bez których się nie ruszała. Nieprzypadkowe były także materiały, z których ją wykonano. Pikowana skóra i metalowy łańcuszek przepleciony paskiem pasowały do wszystkiego. Podobno do tego połączenia zainspirowały ją wspomnienia z przeszłości. Pikowanie miało nawiązywać do podszewek w marynarkach młodych stajennych. Coco znała je z czasów młodości, gdy uczyła się jazdy konnej w posiadłości Étienne'a Balsana. Łańcuszek skojarzył jej się z czasami dzieciństwa. Na podobnym zakonnice nosiły klucze w sierocińcu, w którym dorastała.

Tak jak męczyło ją trzymanie niepraktycznej torebki w ręku, tak nie znosiła wysokich obcasów. Potrzebowała butów idealnych, nie tylko gustownych, ale przede wszystkim wygodnych. W końcu sama je zaprojektowała — dwukolorowe czółenka z paskiem na pięcie. Obcas był na tyle niski i stabilny, że Coco mogła zakładać je rano i zostawać w nich aż do wieczora.

Ladowanie posta z Instagrama...

Najciekawsze było jednak zestawienie kolorów. Beż stapiał się ze skórą i wydłużał sylwetkę, a czarny nosek wysmuklał stopę. Przy okazji ukrywał zarysowania i zabrudzenia. Jak zawsze w szafie Chanel liczyły się detale.

Klejnoty i perły

Ubrania Chanel były praktyczne i pozbawione zbędnych ozdób. Zaglądając do jej szafy, można by się spodziewać, że z biżuterią będzie tak samo. Ale Coco lubiła łączyć proste kreacje z wyrazistymi akcesoriami.

Rzadko pokazywała się bez biżuterii. Najczęściej wybierała sznury pereł. Oplatała nimi wielokrotnie szyję i nosiła do wszystkiego. Do tweedowych kostiumów, do prostych sukienek, do białych jedwabnych bluzek. Lubiła perły za to, że rozjaśniały czarną garderobę, podkreślały opaloną skórę i rozświetlały twarz.

Ladowanie posta z Instagrama...

Biżuterii było zawsze dużo. Naszyjniki, bransolety, broszki. Przy każdym ruchu dźwięczały. Mieszała prawdziwe klejnoty ze sztucznymi kamieniami. Nie rezerwowała jej na wieczór, tak jak większość ówczesnych kobiet. Nosiła ją w ciągu dnia, na spacerach, na wyjazdach, nawet na plaży. Biżuteria w szafie Coco nie była dodatkiem, tylko kropką nad i całej stylizacji. Tak jak perfumy Chanel N°5, stworzone jako przedłużenie jej garderoby.

Na sali aukcyjnej w Christie’s garderoba Chanel rozchodzi się kawałek po kawałku. Najwyższą cenę osiąga beżowy garnitur, jeden z ulubionych modeli Coco. Trafia do Muzeum Narodowego w Oslo. Krótka suknia wieczorowa z czarnego plisowanego szyfonu znajduje nową właścicielkę — baronową de Rothschild. Londyńskie Victoria and Albert Museum kupuje czarną sukienkę bez rękawów, płaszcz przewiązany paskiem i kapelusz z kolekcji jesień–zima 1969. Kolejne elementy garderoby Coco Chanel znikają z sali i rozjeżdżają się po świecie.

Zdjęcie główne: Coco Chanel podczas wizyty w Los Angeles w 1931 roku. Autor nieznany (Los Angeles Times Photographic Collection, UCLA Library), CC BY 4.0, Wikimedia Commons.